Według Agi

książki, filmy, podróże, koty i takie tam różne...

Wpisy

  • czwartek, 30 września 2010
    • Instytut Giulianiego, Michel Vittoz

      Wątły stary ogrodnik zafascynowany przez liczby, kucharka o obfitych kształtach, młoda wdowa pełna namiętnej zmysłowości, inżynier linii Maginota, dzieciak, który każe się nazywać Grubym Joe, by bardziej przypominać chicagowskiego gangstera, kościsty gruźlik, profesor ukrywający się na strychu, twórca instytutu, który nosi jego imię – to główni mieszkańcy Instytutu Giulianiego, renomowanego pensjonatu dla nieuleczalnie chorych.

      Akcja powieści rozpoczyna się we Włoszech na początku wieku, a potem prowadzi czytelnika przez czasy Mussoliniego aż do początków II wojny światowej. Instytut Giulianiego jest opowieścią rozpisaną na wiele głosów, rozmową umarłych, na co wskazuje tytuł, opowiadaną kilkanaście lat po zamknięciu pensjonatu. Dzieło jednocześnie epickie, poetyckie, tragiczne, hultajskie, metafizyczne, historyczne, polityczne i fantastyczne…

      [Opis książki pochodzi ze strony internetowej wydawcy]

      Wielką miałam ochotę na tę powieść i z wielką radością rozpoczynałam lekturę. Ale niestety, już po kilku stronach radość się ulotniła, a pozostało przemożne uczucie (znane niektórym z Was) dobrnięcia wreszcie do końca. Ciężko mi napisać o Instytucie coś konkretnego, tak, jak i ciężko było mi tę książkę czytać. Odnotowuję ją dla porządku i z czystym sumieniem nie polecam.

      Ocena: 2/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 września 2010 11:34
  • piątek, 24 września 2010
    • Tajemnica rodu Hegartych, Anne Enright

      Mroczna rodzinna tajemnica w słodko-gorzkiej powieści uhonorowanej Nagrodą Bookera 2007

      A przynajmniej tak tę powieść reklamuje wydawca. Od razu zaznaczę: nie moja brocha. Dla mnie powieść ta była bardzo gorzka, słodyczy nie odnalazłam w niej wcale. 
      Narratorką opowieści jest Veronica. Czterdziestoletnia kobieta mająca męża, dwie córki, skłonność do depresji oraz jedenaścioro rodzeństwa (przy czym troje z nich już zmarło, co nie przeszkadza Veronice prowadzić z nimi rozmów). Kobieta snuje opowieść o swoim dzieciństwie i dorastaniu w wielodzietnej rodzinie z duchowo nieobecną matką i fizycznie nieobecnym, lub prawie nieobecnym, ojcem. Punktem wyjścia tych rozważań jest samobójcza śmierć jednego z braci (a nie, jak to widnieje na okładce, spotkanie rodzinne nad jego grobem - do niego dochodzi dopiero na ostatnich stronach).
      Małymi krokami brniemy przez świat wspomnień, majaków i koszmarów sennych, aby dotrzeć do pewnego wydarzenia, w którym Veronica upatruje się przyczyn śmierci brata. Nie chcę zdradzać więcej tym, którzy książkę zechcą przeczytać.

      Styl Anne Enright jest mroczny, negatywny i nastraja depresyjnie. Czytanie powieści nie sprawiało mi ani odrobinki przyjemności. Ani przez chwilę. Chciałam po prostu jak najszybciej skończyć. Dodatkowo przeszkadzały mi nieustanne wstawki pornograficzno-wulgarne. I to w najmniej oczekiwanych momentach. W końcu staje się jasne, czemu ten zabieg ma służyć, ale zastanawiam się, czy nie można było troszkę delikatniej... Autorka porusza bardzo istotny problem społeczny i pisze o nim w szczególny sposób. Mnie on nie przekonał. Ale może Was? Ciekawam opinii.

      Ocena: 2/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Tajemnica rodu Hegartych, Anne Enright”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      piątek, 24 września 2010 16:17
  • czwartek, 16 września 2010
    • Może zawierać orzeszki, John O Farrell

      Jestem przeziębiona i spędzam tydzień w domu. Z jednej strony - wiadomo: katar, kaszel, ból głowy i ogólnie jakoś tak niefajnie. Ale z drugiej strony: nie muszę iść do pracy, śpię, jak długo chcę, piję litrami herbatę z miodem i imbirem oraz, jakżeby inaczej, czytam, czytam, czytam :) Wyszukałam sobie kilka książek o nieco mniejszej objętości, z zamiarem: codziennie jedną.

      I tak środa upłynęła mi niezwykle przyjemnie na lekturze zabawnej i niezwykle ironicznej powieści Johna O'Farrella. Jest to satyra na angielskich rodziców z klasy średniej, którzy wychowują swoje dzieci w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. Nieograniczone ambicje rodziców sprawiają, że ich dzieci pędzą od jednych zajęć dodatkowych na inne, niczym małe robociki. Nie trzeba dodawać, że balet, francuski, basen czy też tradycyjne tańce szkockie nie sprawiają im zbyt wielkiej frajdy. I nie muszą. W tym szaleństwie nie chodzi o dobro dzieci, ale o brutalną rywalizację między rodzicami.
      Narratorką powieści jest Alice. Jej misją życiową jest bycie matką. I to matką trójki dzieci, które muszą być najlepsze we wszystkich możliwych dziedzinach życia. Oraz matką, która nieustannie wszystkiego się boi. Zwłaszcza przyszłości:

      "Lęk ma wiele form. Jeżeli nie bałam się, że coś się przydarzy moim dzieciom, to bałam się, że nic im się nie przydarzy, że skończą jako nieudacznicy i zgorzkniałe wyrzutki społeczne, ponieważ nie zapewniliśmy im możliwie najlepszego startu w życiu. Bałam się, że gdy Jamie wkroczy w okres dojrzewania, zacznie olewać szkołę i będzie się całymi dniami wałęsał po podziemiach metra w towarzystwie innych wykolejeńców, jeżdżąc w górę i w dół po ruchomych schodach i przylepiając gumę do żucia do sutków modelek na billboardach z reklamami biustonoszy. A wszystko dlatego, że nie zapisaliśmy go w porę na lekcję klarnetu." (Str. 47)

      Jak to w powieściach bywa, mniej więcej w połowie książki główna bohaterka przechodzi cudowną przemianę i nawraca się na normalność. Obok wielu przerysowanych i do bólu sarkastycznych w swej wymowie sytuacji, autor nie szczędzi czytelnikom kilku prawd życiowych oraz odrobiny moraliztorstwa. Ale trzyma się pewnych granic. Może zawierać orzeszki nie jest literaturą tzw. ambitną. I wcale nie musi. Czyta się ją szybko i przyjemnie, a w dodatku prowokuje do częstych wybuchów śmiechu. Świetne lekarstwo na przeziębienie :)

      Bardzo długi ten post mi wyszedł :) Dla wytrwałych jeszcz jeden cytat:

      "W tym momencie zapanowała nagła panika, bo Sarah, niczym ochroniarz z prezydenckiej obstawy, jednym susem przeskoczyła pokój i wyrwała swojemu dziecku herbatnik z ręki.
      - W porządku, mam go. Na szczęście nie zdążył połknąć.

      - Przepraszam, to jemu nie wolno jeść ciastek?
      Sarah poważnym tonem zaczęła czytać na głos napisy na pudełku:
      - Możę zawierać śladowe ilości orzeszków ziemnych. Tak myślałam.
      - Nie wiedziałam, że Cameron jest uczulony na orzechy.
      - Tego nie wiemy. Nigdy mu nie dawaliśmy. Ale przecież nie warto ryzykować, prawda?"
      (Str. 16)

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Może zawierać orzeszki, John O Farrell”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 września 2010 14:00
  • środa, 15 września 2010
    • Zamówienie z Francji, Anna J. Szepielak

      Liczne zachwyty nad tą książką, które można w ostatnim czasie znaleźć na wielu blogach, skłoniły mnie do zakupu powieści. Po lekturze muszę przyznać, że nie uważam Zamówienia z Francji za "genialne dzieło" (takie opinie znalazłam na innych blogach), ale nie zaprzeczę, że jest to sprawnie napisana i interesująca powieść gwarantująca kilka godzin przyjemnej rozrywki.

      Główna bohaterka Ewa, z zawodu fotografka, wyjeżdża na dwa tygodnie do Prowansji, aby zrealizować interesujące zlecenie. Te dwa tygodnie okażą się niezwykle intensywne i będą miały duży wpływ na jej dalsze życie. Dziewczyna nie tylko zrobi masę pięknych zdjęć, które zapewnią jej uznanie w oczach szefa, ale zyska także wielu nowych przyjaciół, odkryje kilka rodzinnych tajemnic, głęboko ukrytych własnych zdolności paranormalnych oraz spotka nową miłość. Wspomniane rodzinne tajemnice i historia starego rodu stanowią główny motyw powieści.
      Autorka stworzyła całe grono ciekawych postaci. Prym wiodą przy tym wspaniałe, charakterne kobiety. Oczywiście z elegancką nestorką rodu, panią Konstancją, na czele.

      To, co mi się w Zamówieniu nie podobało, to stereotyp biednych Polaków, pojawiający się kilkakrotnie. Mieszkając za granicą nieustannie staram się zwalczać takie generalizujące i utarte opinie o innych, dlatego, być może, jestem na tym punkcie przewrażliwiona. Drobne zastrzeżenie mam także do języka. Generalnie styl pani Szepielak mi odpowiada: czyta się płynnie, jest zabawny, staranny. I to właśnie moje "ale". Momentami miałam wrażenie, że nad niektórymi zdaniami autorka myślała zbyt długo i zbyt często je poprawiała. W wyniku czego, powtarzam, są to moje osobiste odczucia, poszczególne fragmenty tekstu są "przepracowane".

      Na koniec chciałabym wyrazić życzenie przeczytania dalszego ciągu. Bo, że taki musi nastąpić, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Na to czeka Gerard. I ciotka Eugenia. Oraz Ewa z błyskiem w zielonych oczach i dziwnym uczuciem towarzyszącym odkryciu małego złotego krzyżyka....

      Ocena: +4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zamówienie z Francji, Anna J. Szepielak”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      środa, 15 września 2010 20:12
  • wtorek, 14 września 2010
    • Dziwne losy Jane Eyre, Charlotte Brontë

      Blada i niepozorna postać Jane towarzyszyła mi przez kilka tygodni, ale moje wydanie mialo niemalże 400 stron i bardzo małe literki :) Odczucia po lekturze mam dwojakie. Dominują: zachwyt i lekkie znudzenie połączone z irytacją.

      Przyjemnie było po dłuższj przerwie zanurzyć się w wiktoriańskim klimacie powieści dla panien. Lekko archaiczny i wysublimowany styl autorki wysyłał mnie w podróż w czasie i przestrzeni już po trzecim zdaniu. I to za każdym razem, gdy sięgałam po książkę. Bezkresne wrzosowiska, ponure posiadłości, zamglone pola i łąki... Ten charakterystyczny klimat nieodparcie wywołuje u mnie zachwyt.


      Sama historia nie jest zbyt odkrywcza. To lekko zmodyfikowana wersja angielskiego Kopciuszka. Mała Jane po śmierci obojga rodziców trafia pod opiekę ciotki, która nie bardzo za dziewczynką przepada. Mobbingowana przez kuzyna Jane zostaje odesłana do szkoły dla biednych sierot. Tam pozostaje osiem lat. Zdobywa zawód nauczycielki ozaz pierwsze doświadczenia w tej profesji, które umożliwiają jej objęcie posady guwernantki małej Adelki. Nikogo nie powinien zadziwić fakt, że opiekunem dziewczynki i jednocześnie chlebodawcą Jane jest tajemniczy i niezwykle męski pan Rochester, który rozbudza w młodej nauczycielce wszelkie ukryte dotychczas emocje i namiętności. Co było dalej, nie zdradzę. Żeby za wcześnie nie napisać "i żyli długo i szczęśliwie" autorka umyśliła  bowiem dla małej Jane kilka niezwykłych perypetii...

      Na koniec jeszcze troszkę pomarudzę. Jane bardzo mnie wkurzała. Naprawdę. Jej ośli upór, kryształowy charakter, nieskończona poprawność, trzymanie się własnych zasad zawsze i wszędzie - qrczę to się ma nijak do prawdziwego życia. W dodatku jej nieomylna mądrość życiowa, właściwa ludziom starszym i doświadczonym - skąd ona się wzięła u dziewiętnastolatki z prowincjonalnej szkółki dla ubogich?
      Styl pani Charlotte, który z jednej strony tak mnie zachwycał, momentami bywał nudny, niezrozumiały, a niezwykle długie opisy rozterek wewnętrznych głównej bohaterki potęgowały moją niechęć do niej. A już najgorsza chyba była mała Jane w momencie rozważania wyjazdu do Indii. Brr... Podejrzewam też, że na kilka kluczowych wydarzeń autorka nie do końca miała pomysł. Tzn. wiedziała, co ma się głównej bohaterce przydarzyć, ale nie do końca była pewna jak. W rezultacie sytuacje te wydają się sztuczne i wielce nieprawdopodobne.

      Ale i tak warto sięgnąć. W końcu to klasyk :))

      A do lektury polcam kubek czarnej herbaty z dodatkiem miodu i swieżego imbiru. Właśnie przetestowałam. Pycha!

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dziwne losy Jane Eyre, Charlotte Brontë”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 września 2010 13:49
  • piątek, 10 września 2010
  • wtorek, 07 września 2010
    • Solista

      Dawno nie pisałam o żadnym filmie. Sezon ogórkowy w kinie oraz nieustanne powtórki w telewizji, nie dostarczały materiału do recenzji :) Ale rozpoczyna się pora roku przyjazna nie tylko wieczorom z książką, ale i wieczorom przed ekranem. W tutejszym kinie, w każdy poniedziałek, prezentowane są ambitne, wyjątkowe filmy. Tak było i wczoraj.

      Solista to historia niezwykłej męskiej przyjaźni. Okraszona wieloma pobocznymi wątkami i piekną muzyką. Zaczyna się banalnie. Steve Lopez jest dobrze sytuowanym i uznanym dziennikarzem Los Angeles Times. Pewnego dnia, przypadkiem, spotyka czarnoskórego bezdomnego - Nathaniela. I Steve pewnie poszedłby dalej swoja drogą, gdyby nie wypadek motorowy, który nastroił go refleksyjnie oraz fakt, że Nathaniel posiada dar. Potrafi przepięknie grać na niemalże każdym instrumencie. Okazuje się, że sudiował w prestiżowej akademii muzycznej. Jednak schizofrenia, na którą zachorował, zmusiła go do porzucenia studiów i wygoniła na ulicę. 

      Takiej historii wytrawny reporter nie może wypuścić z rąk. Powstaje najpierw jeden artykuł, potem kolejny. Mężczyźni spotykają się coraz częściej. Lopez poznaje niedostępny dla niego dotychczas świat bezdomnych, chorych, wyrzutków. Sceny jak z krajów trzeciego świata kręcono w Los Angeles - jednym z najbogatszych krajów na Ziemi! Steve postanawia pomóc muzykowi na swój własny sposób. Więcej nie zdradzę, obejrzyjcie sami. Dodam, że film oparty jest na prawdziwej historii opowiedzianej przez Steve'a. Jasne, że jest ona wybiórcza i subiektywna - ale to w moich oczach absolutnie nie obniża wartości filmu. Wręcz przeciwnie.

      Poczytałam w necie kilka recenzji filmu, które były raczej negatywne, co niepomiernie mnie zdziwiło. Nam się świetnie Solistę oglądało i szczerze polecam.

      Ocena: 6/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Solista”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 września 2010 11:29
  • piątek, 03 września 2010
    • Zanim zaśniesz, Linn Ullmann

      Najbardziej mi się w tej książce podoba fakt, że wreszcie skończyłam ją czytać... A męczące to było przeżycie. Bardzo męczące. Po raz kolejny okazało się (niestety), że obietnice składane czytelnikowi na okładce oraz znane nazwiska wcale nie gwarantują przyjemnej lektury.
      Zacznę od przedstawienia autorki. Linn Ulmann jest córką Liv Ullman i Ingmara Bergmana, a Zanim zaśniesz to jej powieściowy debiut. Debiut, moim zdaniem, nieudany.

      Książka jest absolutnie skandynawska. Fanom minimalizmu, prostoty i oszczędnego stylu z pewnością się spodoba. Typowa dla literatury północy plejada nie do końca normalnych bohaterów, z których każdy ma mniejsze lub większe problemy psychiczne... uff - czy ludzie w Skandynawii naprawdę sa tacy pokręceni?

      Narratorką powieści jest Karin, młoda kobieta, która opowiada o swojej rodzinie oraz własnym, niezbyt ekscytującym, życiu. W tekście nie wyróżniono dialogów, co utrudnia czytanie. Dodatkowo wśród relacji rzeczywistych zdarzeń pojawiają się migawki snów (np. facet Karin zamienia się w makrelę) lub jej fantazje pt. co by było gdyby (np. scena w kościele podczas ślubu siostry). Snute przez Karin opowieści rodzinne przeplatane są licznymi dygresjami i anegdotami. Opowiadają dzieje rodziny począwszy od wyjazdu dziadka ze strony matki do Stanów Zjednoczonych, na małżeństwie siostry kończąc. Fragmenty opisujące karierę dziadka Rikarda jako krawca w Nowym Jorku, podobały mi się najbardziej. A reszta? No cóż...

      Powieść nastraja depresyjnie. Jest zimna i pozbawiona pozytywnych emocji. Wszyscy bohaterowie są nieszczęśliwi. Każdy kogoś nienawidzi. Prawdziwa, szczera miłość nie istnieje. Do tego dochodzi otwarte zakończenie, które tylko pogłebiło moją dezorientację. O co chodzi?

      Przypuszczam, że Linn Ulmann chciała stworzyć niezwykle poważne i ambitne dzieło. Nie udała jej się ta sztuka, niestety. Zanim zaśniesz jest nudnawe i niezrozumiałe. Wyczytałam w necie, że książka zawiera wątki autobiograficzne dotyczące trudnych stosunków pisarki z matką. Ale, czy nie wystarczy napisać listu, albo zwyczajnie pogadać i wyjaśnić sprawę? Trzeba od razu pisać książke i męczyć niewinnych czytelników?
      Brrr... Nie lubię i już.

      Ocena: 2/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Zanim zaśniesz, Linn Ullmann ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      piątek, 03 września 2010 11:39

Zakładki

Kanał informacyjny