Według Agi

książki, filmy, podróże, koty i takie tam różne...

Wpisy

  • piątek, 29 kwietnia 2011
    • Wielkanoc w Londynie

      Wszyscy dzisiaj czytają i mówią o ślubie książęcej pary, oczy całego świata skierowane są na Londyn, więc i ja powspominam nasz zeszłodygodniowy pobyt w tym niesamowitym mieście, który, nota bene, z dzisiejszym eventem nie miał nic wspólnego, bo zarezerwowaliśmy go na długo przed ogłoszeniem daty ślubu. Jednak gorączka przedślubna panowała tam już od ubiegłego piątku, a na ulicach poruszały się ogromne tłumy ludzi. Przez całe cztery dni (od piątku do poniedziałku) mieliśmy przepiękną pogodę. W związku z tym, aż wstyd się przyznać, nie byłam w żadnym muzeum, ale za to spacerowaliśmy bez umiaru odkrywając mnóstwo ciekawych miejsc. 

      Na początek standardowe zdjęcia budowli - symboli angielskiej stolicy:

      Poniżej brama przez którą przejeżdżali dzisiaj członkowie rodziny królewskiej w drodze z pałacu Bakhingam do katedry. Przed ową bramą wjazdową do Whitehall Palace, który spłonął w 1698 roku, do dziś dnia stoją strażnicy na koniach, którzy wg. anegdoty pilnują pałacu, bo nikt im nie powiedział, że ten spłonał przed 300 laty....

      Widok z Greenwich na nowoczesną dzielnicę bankową:

      W Greenwich, oprócz słynnego obserwatorium warto spędzić kilka chwil na fantastycznym Greenwich Market. Oprócz stoisk z biżuterią i ubraniami, można tu skosztować potraw z całego świata (polskich pierogów i gołąbków z resztą też). Ja wybrałam etiopską kuchnię wegetariańską :) Nie tylko sam rynek jest urokliwy, także otaczające go uliczki pełne sklepików i kawiarni zachwycają. Mnie szczególnie wpadła w oko ta kwiaciarnia:

      Takiego ważnego pomnika nie widziałam dotychczas nigdzie. A szkoda.

      Spacerkiem odkrywaliśmy urokliwą dzielnicę Notting Hill, przeszliśmy pełną turystów Portobello Road, podziwiając m.in. fantastyczne wystawy tutejszych butików oraz piękne domki.

      W centrum miasta znajduje się słynny Hyde Park, gdzie można się zwyczajnie uwalić na trawę i piknikować podziwiając tutejszą faunę ... oraz wszelkie oryginały, które przyciąga tzw. Speakers' Corner :)

      Mam głowę pełną wrażeń. Londyn mnie zachwycił i z pewnością tam wrócę. Nie uwieczniłam na zdjęciach, m.in. przejażdzki łódką po Tamizie, nocnych wędrówek po Soho, jeżdżenia bez celu czerwonym piętrowym autobusem, kosztowania specjałów różnych egzotycznych kuchni, czy buszowania po sklepach na Oxford Street. Pozostało jeszcze tyle do odkrycia....

      Kotów w tej meteopolli nie uświadczyłam (jako zastępstwo musi wystarczyć wiewiórka z gołębiem), ale na koniec jeszcze dwa akcenty literackie.

      Tak wyglądają kafelki, którymi wyłożona jest pewna stacja metra (hmm... ciekawe, która? :))

      A tak się prezentuje urocza, maleńka księgarenka, która niestety w niedzielę była zamknięta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wielkanoc w Londynie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      piątek, 29 kwietnia 2011 16:16
  • wtorek, 26 kwietnia 2011
    • Superbaba, Hera Lind

      Jedynie wytrwałości i dużej dozie samozaparcia zawdzięczam fakt, że przebrnęłam przez tę książkę. Motywował mnie fakt, że Hera Lind jest w Niemczech (podobno) bardzo poczytną autorką i ciągle miałam nadzieje, że na kolejnej stronie znajdę dowody uzasadniające ten status. Niestety nie doczekałam się. Może jest to wina kiepskiego tłumaczenia w połączeniu z bardzo silnym osadzeniem powieści w niemieckich realiach? Połączenie tych dwóch faktów sprawiło, że wiele scen, czy żartów jest dla polskiego czytelnika po prostu niezrozumiałych. Mieszkam w Niemczech od dziesięciu lat, więc kojarzę pokolenie '68, rozumiem różnice w sytuacji kobiet w tzw. starych landach i byłej NRD oraz nieobce są mi nazwy własne produktów, czy np. programów telewizyjnych. Mimo to, a może właśnie dlatego sądzę, że powieść nie została dobrze przygotowana do wydania na polskim rynku. A może zwyczajnie jest kiepska i tyle.

      Sama historia jest nad wyraz banalna, a jej główna bohaterka  pełna sprzeczności. Franziska, bo tak jej na imię, wychowuje dwóch małych synków, podczas gdy jej mąż reżyser kręci kolejne filmy na Karaibach. Pewnego pięknego dnia po wizycie u fryzjera Franziska spontanicznie postanawia kupić dom i się rozwieść. W obu przypadkach pomaga jej adwokat Enno, który wprawdzie nie nadaje się na kochanka, ale na pocieszyciela i obrońcę oraz dostawcę wszelkich nowinek elektronicznych (m.in. faksu, telefonu komórkowego - powieść powstała w połowie lat 90-tych) jak najbardziej. Przygotowując dokumenty rozwodowe i popijając wino Franziska pisze powieść, która przypadkiem trafia do wydawnictwa. Tam przystojny redaktor, będący jednocześnie młodzieńczą miłością bohaterki, postanawia książkę wydać, a ta z miejsca staje się bestsellerem. Mało? Przedsiębiorcza superbaba kupuje piękny dom w najlepszej dzielnicy, zatrudnia idealną nianię, promuje swoją książkę jeżdżąc po kraju, ma dwóch kochanków oraz Enno przy swoim boku, a na dokładkę z byłym mężem pisze scenariusz do filmu mającego powstać na bazie jej powieści. Ufff.... starczy.

      Książka jest banalna do bólu, słabo napisana, przewidywalna, a jej główna bohaterka najzwyczajniej wkurza - zwłaszcza, jeśli czytelnikowi bliskie są kwestie równouprawnienia i stereotypizacji kobiet. Już sam tytuł (w oryginale Superweib) - OKROPNOŚĆ. A im dalej w las, tym ciemniej.... Franziska podobno jest feministką, ale tylko z założenia. Daje się wyzywać swoim męskim towarzyszom od głupoli i niedorajd oraz wyręczać w podejmowaniu decyzji. Nie zna się na technice (bo to nie dla kobiet), ale gotować też nie potrafi, więc zo z niej za kobieta...  Właśnie sobie pomyślałam, że może to taki zabieg autorki: krzywe zwierciadło mające ukazać konserwatywne, stereotypowe podejście części Niemców do  "funkcji" kobiety jako matki i żony.
      Nie, chyba jednak posuwam się za głęboko. Autorki o takie przemyślenia, niestety, nie podejrzewam. Okropność.

      Ocena: 1/6 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Superbaba, Hera Lind”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 kwietnia 2011 17:17
  • sobota, 16 kwietnia 2011
    • Dziesiąta symfonia, Joseph Gelinek

      Spoglądając na okładkę i analizując tytuł, nie sposób się nie domyslić, co lub kto jest wielkim nieobecnym bohaterem tej powieści. Tak, chodzi o van Beethovena i jego tajemniczą (bo nie wiadomo, czy w ogóle powstała) i genialną (bo każda kolejna jest lepsza od poprzedniej) dziesiątą symfonię.

      Wszystko zaczyna się od tego, że młody i słabo zarabiający muzykolog Daniel zostaje zaproszony na wyjątkowy koncert. W prywatnej willi pewnego milionera zostaje odegrany utwór, który rzekomo został zrekonstruowany przez ekscentrycznego Ronalda Thomasa na podstawie roboczych notatek Beethovena. Mowa oczywiście o tytułowej Dziesiątej symfonii. Jednak nasz ekspert Daniel nie daje się zwieść i od razu budzi się w nim podejrzenie, że był świadkiem odegrania oryginalnego dzieła Beethovena, co stanowiłoby sensację na skalę światową.
      Nazajutrz po koncercie odnalezione zostają zwłoki Thomasa, a raczej ich część: ciało ofiary pozbawiono głowy. A konkretnie odcięto ją gilotyną i ogolono, odsłaniając tatuaż z pięciolinią... Rozpoczyna się śledztwo, w którym Daniel uczestniczy jako ekspert i bardzo szybko zostaje wciągnięty w niebezpieczny wyścig.

      W moich oczach Dziesiąta symfonia, to przyzwoicie napisany, wciągający thriller z historią muzyki w tle. Autor solidnie przygotował się do pisania i dzięki temu z powieści dowiemy się co nieco o samym Beethovenie oraz o epoce, w której żył oraz o teorii muzyki. Nie za dużo tego, więc i nie nudno, a podczas lektury ma się przyjemne wrażenie, że Gellinek porządnie odrobił pracę domową. Akcja powieści jest dynamiczna, sporo się dzieje: oprócz wspomnianego morderstwa znajdziemy jeszcze szyfry, tajemnicze schowki, masonów, potomka Napoleona i kilka innych interesujących wątków. Myślę, że warto.

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Dziesiąta symfonia, Joseph Gelinek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      sobota, 16 kwietnia 2011 19:55
  • czwartek, 14 kwietnia 2011
    • Wyznania książkocholika

      Nie wiem, jak inaczej wyrazić ten stan. Na imię mam Agnieszka i nie potrafię nie kupować książek... A że pierwszy kwietniowy weekend spędziłam we Wrocławiu, to i okazji do grzeszenia było sporo. Pierwsze trzy pozycje to efekt godzinnego buszowania po sklepie na e. Cała reszta pochodzi z Taniej książki i kosztowała niecałe sto złotych. A wśród nich takie skarby:

      Do tego stosu dochodzi jeszcze fakt, że w piątek byłam w bibliotece. Tak, tak: Tylko oddać. Ale co tam, nie dało się. W konsekwencji braku silnej woli na swoją kolej czeka porządnie ułożone w stos 15 wypożyczonych pozycji (7 to pozostałość po styczniowej wizycie, w piątek doszło "tylko" osiem nowych).

      A jako dowód, że mam co czytać przez następne pięć lat niech posłuży zdjęcie książkowego regału, z którego jestem TAAAAKA dumna :) Pozdrawiam serdecznie wszystkich cierpiących na książkoholizm....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wyznania książkocholika”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 kwietnia 2011 17:34
  • poniedziałek, 11 kwietnia 2011
    • Stambuł

      To wprost niewiarygodne, jak szybko upływa czas. Dopiero co podziwiałam Błękitny Meczet w śniegu i w słońcu, a tu już minął miesiąc od naszego powrotu ze Stambułu. Nie będę się zbytnio rozpisywać, wolę pokazać Wam kilka zdjęć - mam nadzieję, że narobią apetytu na podróż do tego wyjątkowego miasta nad Bosforem. Mnie Stambuł bez wątpienia i żadnego ale zachwycił i zaczarował. Byliśmy tam pięć dni, a ja mogłabym zostać tam jeszcze dłużej. Wyjątkowa atmosfera, mieszanka kultur, religii, obyczajów. Miasto tchnące historią na każdym kroku. Pyszne jedzenie. Mili i serdeczni ludzie. No i te wszechobecne koty :)) I sok świeżo wyciskany ze słodkich pomarańczy i owoców granatu....

      Zapraszam, oto mój Stambuł:

      Na początek Błękitny Meczet, który przywitał nas śniegiem (w połowie marca!):

       

      Na szczęście po kilku dniach pogoda się poprawiła, a razem z nią widoki:

       

      Podczas śnieżnej zawieruchy zwiedziliśmy m.in. wspomniany Meczet, oraz przepiękny Pałac Topkapi, którego najbardziej ekscytującą częścią jest harem, czyli przywatne komnaty Sułtana i jego rodziny. Na zdjęciu wewnętrzny dziedziniec haremu oraz jedna z jego komnat:

      Obowiązkowym punktem wielu wycieczek do Stambułu jest Wielki Bazar. Mnóstwo tam nie tylko uprzejmych, ale i natrętnych handlarzy pamiątek i podrabianej odzieży, ale także stoisk z wyrobami lokalnego rzemiosła oraz kafejek i barów. Nie sposób ogarnąć wszystkich barw, zapachów, dźwięków.... Wizyta w tej wyjątkowej świątyni handlu to intrygująca i męcząca zarazem uczta dla zmysłów.... Spędziliśmy tam kilka godzin spacerując, podziwiając, popijając, targując się i, oczywiście, kupując :) Oto jedna z 22 bram wejściowych bazaru:

        A to już jego wnętrze:

      Nieopodal tego przybytku znajduje się także niewielki targ książek. Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy tam stare księgi i woluminy. Tak niestety nie było, ale i tak warto zajrzeć, choćby po to, aby rozpoznać autorów i tytuły znanych książek, wydanych po turecku.

      Podziemną kolejką Tünel (wg. Wikipedii otwarcie tej pierwszej w kontynentalnej Europie linii podziemnej miało miejsce 17 stycznia 1875 roku.) można dotrzeć na początek lub koniec - zależy od punktu widzenia - słynnego stambulskiego deptaka prowadzącego do placu Taksim. Ta zdecydowanie europejska ulica jest siedzibą wielu sklepów, kafejek i restauracji. Wśród setek spacerowiczów porusza się zabytkowy tramwaj:

      Za tramwajem w lewo prowadzi droga do Wieży Galata, z której rozciąga się przecudowny widok na miasto: 

      Spójrzmy w lewo:

       

      I w prawo:

      Sobotnie, ostatnie, przedpołudnie spędziliśmy na wycieczce promem po Bosforze. Jest to atrakcja, której nie wolno sobie odpuścić, będąc w tym mieście. Przepiękne dziewiętnastowieczne wille na brzegach cieśniny pozwalają nam się domyśleć, jak wyglądało tu życie elit u schyłku wieku....

      Oraz lekko kiczowate, ale piękne dzieło męża:

      Na zakończenie mojej foto-relacji coś zabawnego:

      KUPA - czyli salon obuwia po turecku :)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Stambuł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 kwietnia 2011 17:53
  • niedziela, 10 kwietnia 2011
    • Angielka, Jerzy Seipp

      Książka wpadła mi w ręce podczas wizyty w bibliotece i zaintrygowała opisem na okładce. Po lekturze muszę przyznać: było w porządku, ale bez większych rewelacji.

      Główną bohaterką jest tytułowa Angielka - czyli Emma. Trzydziestoletnią kobietę poznajemy w momencie, w którym zawalił się jej ustabilizowany, bezpieczny świat. Pogrążona w żałobie trafia ona w towarzystwie swojej samozwańczej, nastoletniej opiekunki Sonii do Polski, a konkretnie do Warszawy, gdzie w eleganckiej kancelarii prawniczej dowiaduje się interesujących faktów o swojej, nieznanej dotychczas, rodzinie. Okazuje się, że Emma jest jedyną żyjącą spadkobierczynią rodu Seippów, a co za tym idzie, prawowitą właścicielką dobrze utrzymanego dworku oraz pokaźnej gotówki...
      A to dopiero początek całej historii. Kolejno pojawiają się przystojni i intrygujący mężczyźni: jeden na koniu, a drugi w złotym mercedesie. Jest jeszcze poszukiwanie skarbu. To chyba najistotniejsze elementy powieści, która bogata jest także w niekończące się wątki poboczne oraz liczne podróże w czasie.

      Możnaby pomyśleć: materiał na ciekawą książkę. W sumie tak, ale kilka rzeczy mi w niej przeszkadzało i nie pozwoliło na lepszą ocenę. W pierwszym rzędzie są to niezrozumiałe dla mnie insynuacje autora, jakoby cała ta historia miała związek z jego rodziną (nazwisko rodowe bohaterki i autora jest takie samo: Seipp). Niestety stosunkowo kryptyczne opisy owych powiązań nie pozwoliły mi się połapać, co jest prawdą, a co nie. Kilka razy pojawiają się w powieści sceny bardzo brutalne, których sensu nie rozumiem. To troszkę, jakby pan Seipp chciał na siłę zszokować czytelnika, więc wczepił w swoją historię kilka klocków z przemocą - moim zdaniem niepotrzebnie. Przyczepić się jeszcze mogę do stylu, który nie płynął, nie wciągnął, a tylko tak sobie zainteresował. Jest to kolejna ciekawa powieść, którą można przeczytać, jeśli wpadnie nam w ręce. Szkoda tylko, że równie szybko wypadnie z głowy.

      Ciekawa jestem, czy ktoś z Was zna tę powieść? Może macie inne odczucia po lekturze?

      Ocena: +4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Angielka, Jerzy Seipp”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 kwietnia 2011 14:13
  • poniedziałek, 04 kwietnia 2011
    • Sala samobójców

      Działający od 2005 roku Polski Instytut Sztuki Filmowej skutecznie wspiera i promuje rodzimą kinemategrafię. Dzięki temu powstaje coraz więcej filmów na wysokim poziomie, mających ogromne szanse na zdobycie publiczności także poza granicami kraju.

      Jednym z takich filmów jest bez wątpienia odważna i bezkompromisowa Sala samobójców, który miałam okazję obejrzeć w piątek, a który na ekranach kin gości już od początku marca. 

      "Nick to nie imię.
      Świat to nie matrix.
      Życie to nie gra, nie daj się wylogować!


      Dominik to zwyczajny chłopak. Ma wielu znajomych, najładniejszą dziewczynę w szkole, bogatych rodziców, pieniądze na ciuchy, gadżety, imprezy i pewnego dnia jeden pocałunek zmienia wszystko. "Ona" zaczepia go w sieci. Jest intrygująca, niebezpieczna, przebiegła. Wprowadza go do "Sali samobójców", miejsca, z którego nie ma ucieczki. Dominik, w pułapce własnych uczuć, wplątany w śmiertelną intrygę, straci to, co w życiu najcenniejsze... 

      "Sala samobójców" to film Jana Komasy jednego z najzdolniejszych reżyserów młodego pokolenia. Pierwszy raz udało się w Polsce stworzyć film, w którym wirtualny świat awatarów jest równie ważny, jak rzeczywista gra aktorów. Ponad rok powstawało animowane, drugie życie głównego bohatera - Dominika. Szokująca historia i genialne aktorstwo sprawiają, że jest to film tylko dla ludzi o mocnych nerwach."
      Opis pochodzi ze strony internetowej filmu zalinkowanej powyżej.

      W sumie to, co najważniejsze, zawarte jest w opisie. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jest świetnie zrobiony i do bólu współczesny. Fantastyczna gra Jakuba Gierszała w roli Dominika oraz Agaty Kuleszy w roli jego matki zwróciła moją szczególną uwagę. Na film zabrały mnie przyjaciółki i zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Odbyłam podróż rollercosterem bez trzymanki i chcę więcej!

      POLECAM GORĄCO!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Sala samobójców”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 kwietnia 2011 17:07

Zakładki

Kanał informacyjny