Według Agi

książki, filmy, podróże, koty i takie tam różne...

Wpisy

  • wtorek, 20 grudnia 2011
  • wtorek, 13 grudnia 2011
    • Dom na Zanzibarze, Dorota Katende

      Autorka zabrała mnie w niezwykle interesującą, egzotyczną podróż i za to jestem jej bardzo wdzięczna. Na wstępie zaznaczam jednak, że jej książka nie zachwyciła mnie stylem i językiem, ale doceniam jej ogromną wartość poznawczą. Razem z Dorotą Kadende i jej afrykańskim przewodnikiem odbyłam kilka wypraw w głąb Czarnego Lądu. Miałam okazję poznać zwyczaje Masajów, zachowania dzikich zwierząt, zasady panujące na safari.
      Jednak opisy afrykańskiego stałego lądu to dopiero preludium do wyprawy na rajską wyspę, jaką dla autorki bez wątpienia jest Zanzibar. Dzięki pani Dorocie miałam okazję poznać tę wyspę na Oceanie Indyjskim, kulturę i zwyczaje jej mieszkańców oraz szereg trudności, jakie może napotkać na swej drodze biały człowiek, który postanowił się na Zanzibarze osiedlić.

      Szczerze podziwiam autorkę za jej niezachwianą wiarę w słuszność podejmowanych decyzji, ogromną odwagę i sporą dozę pozytywnego szaleństwa, które pozwoliło jej spełnić swoje marzenia: wybudować dom na krańcu świata, poznać mężczyznę swojego życia i stworzyć od podstaw dobrze działającą firmę. Momentami dziwiła mnie naiwność autorki, tym bardziej jestem więc pod wrażeniem, że projekt jej życia pt. „Afryka” zakończył się sukcesem... Oby więcej takich odważnych i zdecydowanych kobiet!

      Ocena: +4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Dom na Zanzibarze, Dorota Katende”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 grudnia 2011 16:19
  • poniedziałek, 05 grudnia 2011
    • Zasłodzona w Sosnówce...

      Na wstępie zaznaczam, że nie jest to wpis skierowany do fanów książki, chyba, że są skłonni do dyskusji :) "Sosnowe dziedzictwo" oraz jego druga część to dla mnie zdecydowanie największe książkowe rozczarowanie kończącego się roku. Bardzo jestem wdzięczna swojej bibliotece, że mogę oba tomy szybko tam oddać i równie szybko o nich zapomnieć, inaczej zmarnowałabym prawie sześćdziesiąt złotych i szkoda by było...

      Nie wiem, co w tej książce jest najgorsze - doprawdy z całej listy trudno mi wybrać. Zacznę od głównej bohaterki - już na jej przykładzie możnaby zaliczyć "Sosnowe dziedzictwo" do fantasy, gdyby nie fakt, że jest to gatunek literacki, a omawiana książka przypomina mi raczej szkolne wypracowanie na temat zakładania pensjonatu lub instrukcję uszczęśliwiania wszystkich ludzi dookoła. Tak, to chyba najpoważniejszy zarzut: brak literackości w tekście. Jest to raczej sprawozdanie zawierające mnóstwo nazwisk i nieistotnych detali, a imię głównej bohaterki pojawia się średnio w co trzecim zdaniu, gdyż KAŻDY bohater potrzebuje jej mądrej rady lub chce zostać jej przyjacielem. Ale miało być o cudownej Annie: pięknej, mądrej, idealnej po prostu, która miała wprawdzie kilka problemów w życiu, ale to już dawno za nią. Teraz wszyscy ją kochają, mniejsze lub większe kłopoty rozwiązują się same - sielanka po prostu.
      Ponadto Ulatowska uwielbia się powtarzać: albo podejrzewa swoich czytelników o początki Alzheimera, albo o nieumiejętność czytania ze zrozumieniem. W każdym razie szereg informacji o bohaterach powtarza się co kilkadziesiąt stron, tak dla pewności. Zdecydowana większość wydarzeń jest przewidywalna aż do bólu, co po kilku rozdziałach przestaje bawić. Ponadto w tekście mnóstwo jest zdrobnień, a tony cukru aż szeleszczą pomiędzy skartkami....

      Mogłabym tak jeszcze długo, ale skończy się na tym, że najdłuższy wpis w historii bloga poświęcę książkom, które wcale mi się nie podobały. Zapytacie może, czemu nie rzuciłam ich w kąt? Nie bardzo mogłam, zabrałam je w pięciogodzinną podróż pociągiem (5 h w jedną stronę) i w obliczu kompletnej nudy wybrałam jednak Sosnówkę... No i teraz mogę sobie poużywać :)

      Na koniec porównanie z Kalicińską, które w temacie ucieczka ze stolicy + mężczyzna po przejściach + pensjonat na prowincji, nad jeziorem, itd., itp... jakoś tak samo się nasuwa. Trzy tomy rozlewiska połknęłam w swoim czasie bez popijania i byłam zachwycona. W swojej kategorii tamte powieści spełniły w zupełności moje oczekiwania, zdziwiły mnie zatem dość liczne negatywne opinie na jej temat, które można znaleźć w sieci. Jasne, że to lekka literatura na tzw. kobiece tematy, ale moim zdaniem świetnie napisana, a poruszane w niej tematy były - wtedy przynajmniej - świeże i orginalne. A tego o "Dziedzictwie" powiedziec nie mogę: autorka zebrała nie swoje pomysły, przemieliła je i ugotowała coś nowego. Jednak jej danie smakuje właśnie jak odgrzewane resztki.

      Na okładce widnieje taka oto informacja o autorce: "Czyta całe swoje życie. Czytając, uwierzyła,  że może uda się coś napiać. Spróbowała i powstało "Sosnowe dziedzictwo". Otóż nie, droga pani, to, że czytam nie oznacza wcale, że musżę pisać książki. Do tego trzeba się urodzić. I mieć talent....

      Ocena: 2/6 (za pierwsze sto stron, które nie zdążyło mnie zirytować)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Zasłodzona w Sosnówce...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agussiek
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 grudnia 2011 21:40

Zakładki

Kanał informacyjny